Niedoceniane służby BHP – filar bezpieczeństwa w każdej firmie

Jakiś czas temu bliska mi osoba, zupełnie niezwiązana z przemysłem (typowe warszawskie korpo), rzuciła w rozmowie, że musi „załatwić jeszcze to cholerne BHP”, żeby dopełnić formalności w pracy. Zaintrygowało mnie to, bo wtedy uświadomiłem sobie, jak powszechne jest traktowanie BHP jako zła koniecznego.

Na co dzień mam częsty kontakt ze służbami BHP, więc z czystej ciekawości dopytałem, jeszcze nie wiedząc, że ta rozmowa skończy się dla mnie… arkuszem w Wordzie. Mniej więcej wyglądało to tak:

– A czym w ogóle zajmuje się u was BHP?
– No, szkolenia robi, papiery trzeba ogarniać.
– A poza tym? Wiesz, za co odpowiada BHP w firmie?
– Czepia się? [śmiech]
– Poważnie pytam.
– No… wypadkami też się zajmuje.

Nie ma tu kogo winić – stereotypy mają swoją siłę. Ale w przypadku tak szlachetnej funkcji, jaką pełnią służby BHP, różnica między stereotypem a rzeczywistością jest kosmiczna. Oczywiście wiem, że zakres obowiązków BHP-owców zależy od zakładu. Jednak niezależnie od klasy zagrożeń moje doświadczenie pokazuje, że nawet gdy BHP-owiec jest w samym centrum ryzyka – lawiruje między maszynami, chemikaliami, dyscyplinuje niefrasobliwych operatorów – i tak bywa deprecjonowany. „Od wypadków, od gaśnic, od szkoleń, od czepiania się” – to często słyszę.

Zastanawiałem się, czy w ogóle „wolno” mi pisać taki artykuł, a może nawet manifest? Nie jestem BHP-owcem. Ale potem pomyślałem, że gdyby sam BHP-owiec opisał wagę swojej pracy i problemy, z jakimi się mierzy – także z przełożonymi – to naraziłby się na zarzut szukania atencji czy robienia z siebie ofiary. A przecież najczęściej oni wolą przełknąć gorzkie żale i po prostu robić swoje.

Dlatego doszedłem do wniosku, że nie tylko mogę, ale wręcz powinienem o tym napisać. Bo kiedy trzeba zabezpieczyć chemię czy zorganizować coś w obszarze bezpieczeństwa, kogo dyrektor wyznacza do rozmów ze mną? Prawie zawsze BHP-owca. Myślę, że liczba specjalistów, z którymi miałem okazję współpracować w swoim życiu, spokojnie przekroczyła już trzy cyfry. Dlatego wszem i wobec – skoro już się ulegitymizowałem – oddajmy BHP-owcom, co BHP-owskie.

SŁUŻBY BHP

„Służby” – to pierwsze słowo, które mocno bije po oczach. Dosadne, pełne znaczeń. W przypadku BHP ma ono szczególną konotację: służyć ludziom (nie mylić ze „służącym”). Służyć, czyli chronić, dbać o zdrowie i życie pracowników. To jest prawdziwy rdzeń ich obowiązków.

Czy naprawdę ktoś, czyja praca polega na tym, żebyś wrócił cały i zdrowy do swoich dzieci, zasługuje na łatkę „kobieta od czepiania się”?

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym „czepianiu się”. Niejednokrotnie byłem świadkiem ostrych reprymend ze strony pań (głównie) czy panów z BHP. I może ulegam pewnej iluzji, ale mam wrażenie, że po postawie BHP-owca da się ocenić jego staż pracy. Twarda skóra, mocniejszy ton – to zwykle efekt doświadczenia. Bo ile razy słyszałem z ich ust: „nie mam już siły do tych ludzi”…

Doświadczenie podpowiada im, że jeśli ci mniej zdyscyplinowani pracownicy mają wrócić do domu z całą czaszką i bez poparzeń, to czasem trzeba ich po prostu… ostro zganić. Kiedyś bym z tym polemizował. Ale widziałem na własne oczy grupkę sezonowych pracowników palących papierosy przy odpadach – tuż obok zardzewiałej beczki oznaczonej piktogramem „łatwopalne”. W takiej sytuacji zaproszenie „z kwiatami do palarni” raczej by nie wystarczyło.

Co mówią przepisy — w bardziej praktycznym ujęciu (wersja skrócona, uff).

Skoro już pochyliłem się nad słowem „służyć” w kontekście BHP, to pójdę krok dalej. Warto, by wybrzmiało jasno: to, co na co dzień zapewniają nam służby BHP, wynika wprost z Konstytucji RP, a dokładnie z art. 66:

Każdy ma prawo do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Sposób realizacji tego prawa oraz obowiązki pracodawcy określa ustawa

Natomiast w rozporządzeniu Dz.U. 1997 nr 109 poz. 704 – które czyta się równie „przyjemnie” jak każdy inny akt prawny – znajdziemy m.in., że służby BHP odpowiadają za kontrolę warunków pracy, zgłaszanie zagrożeń pracodawcy, udział w planowaniu inwestycji, ustalanie przyczyn wypadków, prowadzenie szkoleń, inicjowanie działań profilaktycznych i wiele więcej. Łącznie to 20 punktów, z których prawie każdy daje szerokie pole do interpretacji dla pracodawcy.

Warto dodać, że to rozporządzenie pochodzi z 1997 roku. Od tamtej pory zmieniło się mnóstwo przepisów pośrednich, doszły regulacje unijne, standardy ISO, audyty etyczne i wiele innych wymogów, które stały się codziennym standardem. Wszystko to jednak ceduje się na niedofinansowane służby BHP – te same, które wciąż wielu traktuje jako „zło konieczne”.

BHP – nowa dziedzina nauki?

Czy można mówić o BHP jako o dziedzinie nauki? Moim zdaniem – tak powinno być, a w praktyce już od lat tak jest, choć nieformalnie. To obszar wiedzy, który czerpie z niezliczonych, często nieuporządkowanych źródeł, a właśnie w tej wiedzy kryje się sedno bezpieczeństwa nas wszystkich.

Specjaliści BHP są często zmuszeni do ciągłej samodzielnej edukacji, zazwyczaj bez większego wsparcia finansowego ze strony pracodawcy. Mowa tu o zewnętrznych szkoleniach z zakresu ISO, nowych przepisów, praktyk zakładowych, zagrożeń chemicznych i wielu innych tematów, które realnie obejmuje ich zakres obowiązków.

Nie krytykuję oczywiście uczelni – tam jest raczej zalążek tego, co rzeczywiście przydaje się w pracy. Tymczasem zakład produkcyjny bywa prawdziwą dżunglą, w której BHP-owiec musi odnaleźć się sam. A to trudne, zwłaszcza gdy rynek szkoleń rozciąga się od skrajnego partactwa po spotkania z faktycznymi fachowcami. Co gorsza, często to nie sam BHP-owiec wybiera szkolenie, tylko jego przełożony.

Żeby nie zabrzmiało to jak reklama, pozwolę sobie przemycić tylko kilka nazwisk ekspertów, do których ja mam zaufanie merytoryczne – m.in. panie Sadowska, Dembińska i Kuźmicka. Oczywiście takich osób jest znacznie więcej. Chodzi mi o to, że promocja wiedzy oczywiście istnieje, ale w dużej mierze to zasługa samych służb BHP, które potrafią niezależnie się zjednoczyć i zrobić coś naprawdę wartościowego – na przykład tematyczne konferencje.

Kobiety dominują w BHP? Szczypta psychologicznego uzasadnienia

Moja hipoteza jest taka: podobnie jak w innych typowo społecznych zawodach, również w BHP dominują kobiety – i najpewniej z tych samych przyczyn. Kobiety przeciętnie wyżej cenią wartości związane z troską, relacjami i bezpieczeństwem, częściej też charakteryzują się kompetencjami społecznymi oraz empatią. To cechy, które – nawet jeśli nie zawsze decydują o wyborze BHP – zdecydowanie pomagają w nim wytrwać, a co najważniejsze: przetrwać w tej „dżungli”, jaką bywa zakład pracy.

Oczywiście, w BHP pracuje wielu mężczyzn – nie chodzi więc o prosty związek przyczynowo-skutkowy, lecz raczej o sensowną, teoretyczną korelację.

Jeśli jednak zgodzisz się ze mną, że ta teoria ma sens, to tym bardziej należy oddać szacunek BHP-owcom. Bo wymienione cechy to po prostu cnoty.

* Nie mam twardych danych dotyczących rozkładu płci w BHP – to hipoteza oparta na obserwacjach.

Podsumowanie

Służby BHP to wciąż jedna z najbardziej niedocenianych grup zawodowych – często sprowadzana do szkoleń, papierów i „czepiania się”. Tymczasem w praktyce to oni stoją na pierwszej linii, balansując między przepisami, realiami zakładów i zwykłą ludzką niefrasobliwością. Chronią życie i zdrowie pracowników, zabezpieczają firmy przed stratami i biorą na siebie ciężar zmian prawa, norm i audytów.

To, co robią, ma swoje umocowanie w konstytucji, ale na co dzień wygląda znacznie bardziej brutalnie: od gaszenia pożarów – dosłownie 😊 i w przenośni – po edukowanie, karcenie i tłumaczenie rzeczy oczywistych po raz setny. A jednak BHP-owcy trwają, często w cieniu, często bez zasłużonego uznania, ale z poczuciem misji.

Dlatego zamiast traktować ich jak „zło konieczne”, warto zacząć widzieć w nich to, kim naprawdę są – strażników bezpieczeństwa. Dlatego ilekroć wracasz kolejny raz bezpiecznie z pracy, gdzie nic ci się nie stało (a to często niewidzialna zasługa BHP), wznieś za nich toast, pomódl się, albo po prostu okaż wdzięczność tak, jak masz w zwyczaju. Na zdrowie!